poniedziałek, 28 września 2015

Pomoc rodzinie



Mam rodzinę na wsi. Choć jest to spora rodzina, to zawsze na wykopki jeździmy im pomagać. Po co mieliby najmować ludzi do pracy? Rodzina to rodzina. Na dobre i na złe. Nie ważne czy to z mojej astrony, czy ze strony męża. No więc wybieramy się do nich. Droga niedaleka, jedziemy zresztą własnym samochodem. Na miejscu byliśmy gdzieś za około dwie godziny. Jak wyjechaliśmy wieczorem, to po nocy od świtu zaczęliśmy  pracować na polu. Na razie nie pada, ale nie wiadomo. Zawsze co roku jednak akurat w ten czas musi padać. Zabieramy więc kurtki  z kapturem i kalosze. Gdzieś zginęły mi moje zeszłoroczne. Nie mogę ich znaleźć. Nic to, muszę kupić sobie nowe. Nie będę się przecież w błocie w trzewikach babrać. Poszłam do sklepu nieopodal. Ale tam nie mieli kaloszy. Może w innym sklepie spróbuję? Znalazłam sklep Kari. To owszem były kalosze i to w dość ładne wzorki. Nie wyglądają jak kalosze, tylko kozaczki. Całe jednak z gumy. Na szczęście mam grube skarpety, to ubiorę je do tych kaloszy. Wezmę nawet dwie pary. Spakowałam się  i ruszyliśmy w drogę z samego wieczora. Po nocy spędzonej w domu gospodarzy, naszych krewnych, z samego rana wyszliśmy na pole do pracy. W tym roku deszcz nie padał, ale kalosze i tak się przydały. Szkoda by było niszczyć butów. Bo ziemia zawsze oblepia buty. Na przyszły rok będą jak znalazł.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz