Mam rodzinę na wsi. Choć jest to spora rodzina, to zawsze na
wykopki jeździmy im pomagać. Po co mieliby najmować ludzi do pracy? Rodzina to
rodzina. Na dobre i na złe. Nie ważne czy to z mojej astrony, czy ze strony
męża. No więc wybieramy się do nich. Droga niedaleka, jedziemy zresztą własnym
samochodem. Na miejscu byliśmy gdzieś za około dwie godziny. Jak wyjechaliśmy wieczorem,
to po nocy od świtu zaczęliśmy pracować
na polu. Na razie nie pada, ale nie wiadomo. Zawsze co roku jednak akurat w ten
czas musi padać. Zabieramy więc kurtki z
kapturem i kalosze. Gdzieś zginęły mi moje zeszłoroczne. Nie mogę ich znaleźć.
Nic to, muszę kupić sobie nowe. Nie będę się przecież w błocie w trzewikach
babrać. Poszłam do sklepu nieopodal. Ale tam nie mieli kaloszy. Może w innym
sklepie spróbuję? Znalazłam sklep Kari. To owszem były kalosze i to w dość
ładne wzorki. Nie wyglądają jak kalosze, tylko kozaczki. Całe jednak z gumy. Na
szczęście mam grube skarpety, to ubiorę je do tych kaloszy. Wezmę nawet dwie
pary. Spakowałam się i ruszyliśmy w
drogę z samego wieczora. Po nocy spędzonej w domu gospodarzy, naszych krewnych,
z samego rana wyszliśmy na pole do pracy. W tym roku deszcz nie padał, ale
kalosze i tak się przydały. Szkoda by było niszczyć butów. Bo ziemia zawsze
oblepia buty. Na przyszły rok będą jak znalazł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz