Mieliśmy niedawno w domu remont. Było sporo zamieszania.
Sporo to za mało powiedziane. Bałagan totalny. Wszystko pochowałam w pudełka, aby
się nie zabrudziło. A potem sama już nie wiedziałam, co i gdzie leży. Bo w
całym domu robiliśmy remont. Przeprowadziliśmy się na ten czas do mieszkania
rodziców. Którzy wyjechali do sanatorium. Byli tam przez cały miesiąc, więc
mieliśmy akurat tyle czasu ile potrzebowaliśmy na remont. Mieszkanie mamy dwu
pokojowe. Nie za duże, nie za małe na nas dwoje. Łazienkę i kuchnię
odnawialiśmy latem. Więc tylko pokoje i korytarz były remontowane. Ale to
wystarczyło, aby był bałagan. Wynajęliśmy co prawda ekipę remontową, ale
sprzątać to już musieliśmy sami. Kiedy po dwóch tygodniach mieszkanie było
gotowe, przyjeżdżaliśmy po południu z pracy, aby wysprzątać wszystko i od nowa
się rozpakować. Ile było z tym kłopotu. Niby już wszystko wysprzątanie, ale
rozpakowanie zajęło nam sporo czasu. Ubrania i buty. Tych mamy sporo,
rozpakowaliśmy przed dwa wieczory. Moich oczywiście było znacznie więcej. Zakupiliśmy
też nową szafkę na przedpokój. No i się zaczęło. Była jeszcze w kartonie
wysyłkowym. Złożenie jej to nie lada kłopot. Zwłaszcza, ze było w niej sporo
szuflad i półek. Ja się tym nigdy wcześniej nie zajmowałam, nie miałam takiej potrzeby.
Ale teraz, kiedy mąż pracował na nadgodziny, sama musiałam ją złożyć. Zajęło mi
to sporo czasu, kiedy szafka stała już gotowa, rozpoczęłam rozpakowywanie moich
butów. Gdzieś zginął mi jeden ulubiony pantofelek. Adam śmiał się ze mnie, że
jestem jak ten Kopciuszek z jednym pantofelkiem. Ciekawe, kiedy zapuka do drzwi
książę z drugim pantofelkiem. Śmiał się ze mnie mąż. Nie żartuj sobie tak ze
mnie, bo mi wcale nie jest do śmiechu. To były moje najładniejsze czerwone
pantofelki. Smutno mi było. Może go jeszcze znajdę w innym kartonie. Może go
spakowałam z innymi rzeczami. Ale niestety bucika nigdzie nie było, a kartony
do rozpakowania skończyły się już. Wówczas mój wspaniały mąż, zaproponował mi,
abym sobie kupiła nowe. Jak ja go kocham, za te jego pomysły. Co będę rozpaczać
bez końca. Weszłam na stronę internetową sklepu Kari. Szukałam tam podobnych
butów. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy znalazłam tam parę prawie identyczną
z moimi starymi ulubionymi butami. Czółenka damskie
T.TACCARDI
T.TACCARDI
Czerwone szpileczki z mnóstwem drobnych czerwonych koralików.
Tak, one są prawie identyczne. Adam zapłacił przelewem za tą parę. I już po
pięciu dniach miałam je. Kiedy się nimi nacieszyłam, wylądowały w nowej szafce
na przedpokoju. Teraz leżą i czekają na pierwsze użycie, kiedy to wybierzemy
się w gości. A dla mojego męża, zostałam
przysłowiowym Kopciuszkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz