piątek, 20 listopada 2015

Trzy dni w deszczu




                Była piękna polska jesień, kiedy postanowiliśmy z przyjaciółmi odwiedzić jakiś górski kurort. Najlepiej, żeby to było gdzieś daleko od ludzi. Jakieś taka chata góralska na zboczu wzgórza. Jacek od razu zaczął szukać w Internecie ofert. Znalazł jedną, taka która nadawała się dla całej naszej piątki przyjaciół. Nocleg był już zamówiony i wszystko opłacone, zostało jeszcze tylko kupić bilety. Biletami zajęłam się ja i Kaśka. Mamy wśród na jedną osobę niepełnosprawną Izę, więc kupimy bilet dla niej i jednego z nas jako przewodnika. Zawsze trochę taniej. Bo z pracy studentów to nie ma za wiele pieniędzy. A wydatki są spore. A to akademik, a to jakieś ksero na okrągło i takie tam różne potrzebne rzeczy. O jedzeniu już nie wspomnę, bo je to każdy musi kupić. Ale na przyjemności mieliśmy trochę zaoszczędzone. W zeszłe lato pracowaliśmy za granicą. Tak więc wszystko było gotowe. Nadszedł ten dzień. Wyruszyliśmy z samego rana. Mieszkamy na północy kraju, do gór jest spory kawał drogi. Na szczęście połączenie było super. Tylko z jedną przesiadką. Do Krakowa zajechaliśmy o godzinie siedemnastej. A potem do małej miejscowości górskiej busem. Które tu są tak popularne. Nazajutrz wyruszyliśmy w góry na zwiedzanie. Mężczyźni wzięli ciężkie plecaki, bo każdy zapakował też bagaż koleżanki. My z małymi plecakami z jedzeniem i piciem na drogę. Wiadomo w górach trzeba mieś przy sobie prowiant i ciepłą odzież, na w razie czego. No i jak na złość rozpadało się na dobre. Byliśy daleko od domu i niestety zabłądziliśmy. Długo nie mogliśmy znaleźć drogi powrotnej. Ale na szczęście znaleźliśmy małą chatkę. Gospodarz przyjął nas na nocleg. A rano znów ruszyliśmy w dół zbocza. Trafiliśmy w końcu na nasze miejsce stacjonowania. Gospodarz martwił się o nas. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Następnego dnia poszliśmy do sklepu, oddalonego o pięć kilometrów. I znów rozpadało się. Mieliśmy przemoczone buty. Nie zdążyły nam jeszcze wyschnąć nawet z poprzedniego zamoczenia. A niestety każdy wziął po jednej parze. Kiedy wróciliśmy do naszych domów do Gdańska, postanowiliśmy jak najszybciej kupić sobie dobre nieprzemakalne obuwie. Ja kupiłam w sklepie Kari,  bardzo modne teraz smokasyny. Buty sportowe na koturnie
T.TACCARDI
 Te nie przemokną mi, choćby padało następne trzy dni. A na końcu przypomniało mi się, że piosenkę pod tytułem” Trzy dni w deszczu”  nagrał kiedyś zespół Wilki. Zawsze będzie mi się ona kojarzyć z naszą mokrą wyprawą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz