wtorek, 24 listopada 2015

Moje ...urodziny



W ostatnią niedzielę obchodziłam urodziny. Nie ważne które. To moja słodka tajemnica. Przyszli goście. Rodzinka. Dostałam mnóstwo prezentów. Ale najbardziej ucieszyłam się z prezentu od męża. Powiedział, że daje mi pieniądze, abym sobie sama wybrała prezent. To był dobry pomysł, bo on ma raczej słaby gust. Jeśli chodzi o kupowanie czegoś dla mnie. Nie raz się zdarzyło, ze była to mało trafiona rzecz. Nigdy mu nie mówiłam tego wprost, ale sam się domyślał, kiedy prezent od niego nie był nigdy używany.  Nauczony doświadczeniem, postanowił że to ja sama wybiorę. Długo się nie mogłam zdecydować co to miałoby być. Aż w końcu doszło do mnie, że tak naprawdę mam mało butów. Noszę jedne i te same od dłuższego czasu. Zniszczyły się już dość. Noski zdarte, podeszwy się pomału odklejają. Już nie raz je sklejałam. Ale kiedy jest mokro, to mam wilgotne stopy. Więc najlepszym pomysłem było kupienie butów.  Wybrałam się do galerii. Wielki czerwony neon pokazywał nazwę sklepu. A raczej salonu obuwniczego Kari.  Tyle było butów do wyboru, że aż pół godziny chodziłam po nim i oglądałam. Nie mogłam się zdecydować. W końcu spodobały mi się piękne niebieskie szpileczki. Zawsze lubiłam wysokie obcasy. I zawsze na takich chodziłam.  Przymierzyłam je z nadzieją, że będą pasowały. Nie myliłam się. Buty były bardzo wygodne, a przede wszystkim ładne. Od razu zapragnęłam w nich chodzić. I wyszłam ze sklepu w tych nowych bucikach. Paragon zachowałam, tak poradziła mi sprzedawczyni. Gdyby się coś z nimi działo niedobrego, proszę przyjść z reklamacją. Oznajmiła mi na do widzenia.  Ale ja mam nadzieję, że nie będzie to konieczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz