Jak już wspominałam Wam w moim poprzednim
poście, łatwo i szybko marzną mi stopy. Może wśród Was też ktoś taki jest, więc
chciałam się z Wami podzielić moim sposobem na chłodne poranki i trochę
cieplejsze dni, czyli jakie buty zakładam.
Dla mnie osobiście podstawą jest,
aby w miarę moich możliwości finansowych kupować buty ze skóry naturalnej. Ja
bardzo wyraźnie odczuwam różnicę w komforcie stóp a tym samym w moim komforcie.
Tak samo jak zaskakujące było dla mnie kiedyś, takie doświadczenie z moim
ubiorem. Było chłodno i założyłam sweterek grubszy, ale ze sztucznych
materiałów i było mi chłodno. Kolejnego dnia była podobna temperatura i
założyłam cieńszą bluzkę, ale z dobrej, jakości materiału i było mi cieplej. To
naprawdę było dla mnie ciekawe odkrycie.
Chciałam podkreślić, że piszę tylko
o moim doświadczeniu i odczuciu, bo z pewnością może być ktoś, dla kogo nie ma
żadnej różnicy czy ma buty ze skóry naturalnej czy z materiałów syntetycznych.
Mogą być też osoby, które są jeszcze bardziej wrażliwe w tym zakresie niż ja, a
mogą być osoby takie jak ja :).
Jak pisałam wyżej podstawą jest dla
mnie but ze skóry naturalnej. Podczas tych chłodnych dni zakładałam po prostu dłuższą
spódniczkę, czyli taką w pół łydki i do tego balerinki ze skóry naturalnej.
Było mi troszkę chłodno, ale nie zmarzłam :) Żeby się troszkę rozgrzać
przyśpieszam kroku idąc na przystanek. Ten sposób, czyli dłuższa spódniczka i baleriny
sprawdzają się bardzo dobrze, gdy wiem, że będzie słońce tego dnia, które mnie ogrzeje,
choć trochę. Bo jeśli jest wiatr i nie ma słońca to już pojawiają się momenty
gdzie mogę zmarznąć; na przykład czekając długo na autobus. W następnym poście
napiszę Wam, co robię, jeśli jest wiatr i nie ma słońca :).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz